Pułapka rozprężenia i odkładanie na później


Nie wczoraj, nie w ubiegłym tygodniu ani nawet nie rok temu. Lata, lata świetlne temu zauważyłam, że im więcej mam obowiązków, tym więcej spraw udaje mi się doprowadzić do końca, a czasami po prostu… w ogóle zacząć. Nie jest to oczywiście transakcja barterowa, gdzie obopólne świadczenia są idealnie wyważone – co to, to nie! Nie dosypiam, nie mam czasu dla siebie, generuję chaos w przestrzeni, ale jedno, co się zgadza, to odhaczone na liście obowiązki. Okupione niewyspaniem i chronicznym zmęczeniem, ale odhaczone.  Marzę wtedy o znalezieniu ośrodka, który rozdawałby dodatkowe doby w ramach dotacji dla freelancerów (bo wiadomo, że trawa jest zawsze bardziej zielona u sąsiada). Czasami nawet go znajduję – okazuje się, że wyrobiłam się z terminami przed czasem i teraz mogę zająć się tym wszystkim, na co nie miałam czasu. Ale rzeczywistość zaczyna się dziwnie wykrzywiać i w konsekwencji… sami wiecie, co się dzieje w konsekwencji. Zaczyna się owiane złą sławą odkładanie na później… Dlaczego gdy mamy więcej czasu, to okazuje się, że mamy go jakby…mniej?

Jeśli należymy do sumiennych osób które – powiedzmy potocznie – „szanują swoją pracę”, chcemy wszystko wykonać na czas, bo gonią nas terminy. Dla freelancera czy właściciela biznesu, który sam jest sobie sterem, żeglarzem i okrętem, takim szefem jest świadomość ogromu pracy. Wtedy mamy bat nad głową i mobilizujemy wszystkie siły. Ale przychodzi moment, gdy mija sezon; gdy nagle odchodzi nam jeden klient, lub w końcu – rezygnujemy z etatu i zajmujemy się własnym biznesem. Świadomość, ze nie goni nas termin, że nie ma znaczenia czy zrobimy daną czynność dziś czy jutro, daje pole do popisu naszemu ukrytemu lenistwu i przyczajonemu odkładaczowi. Niektórzy, tak jak ja, robili kiedyś doktorat z odkładania na później i habilitację z wymyślania powodów, dla których dany temat nie jest pilny. Trudno po latach odłożyć do szuflady te honorowe tytuły i wziąć się w garść w chwili rozprężenia.

Dlaczego więcej czasu = mniej czasu?

Ten oczywisty akapit jest dedykowany osobom, które oddałyby wiele za to, aby mieć więcej czasu na hobby, własny biznes, pisanie bloga… Dla tych, które w marzeniach planują, co by wtedy zrobiły, a ów czas jawi im się jak wygrana na loterii. Ale podobnie jak z gotówką, której nadmiar daje nam złudne poczucie niekończących się zasobów (czyli taki… worek bez dna), nadmiar czasu, gdy już nastąpi, nie jest traktowany poważnie. Z nadmiaru szczęścia można zwariować. Z nadmiaru czasu można się najzwyczajniej w świecie rozleniwić (i eksternistycznie klepnąć profesurę z odkładania na później).

Jak walczyć z tym podstępnym pseudonaukowcem?

Jak w każdej dziedzinie życia, tak i tutaj na pierwszym miejscu jest uświadomienie sobie problemu. Wbrew pozorom sprawa nie jest taka oczywista. Z autopsji wiem, że wewnętrzny odkładacz jest na tyle przebiegły, że ucieknie się do najbardziej podstępnych i wyszukanych sztuczek, by odwieść człowieka od rozprawienia się z tematem – dlatego czasami wychodzenie z tego stanu odkładania na później ciągnie się nawet tygodniami… czyli tak, jak w moim przypadku. Pamiętajmy, że są to tygodnie w trakcie których po prostu tracimy czas. Ten sam, który później z powodzeniem moglibyśmy przekuć w fajnie spędzony urlop albo beztroski dłuższy weekend zaczynający się w czwartek, kończący się w poniedziałek – taki bez większego powodu i bez czerwonej kartki w kalendarzu. Czyli… czysta przyjemność, którą rozmieniamy na drobne, nie wykorzystując (od)zyskanego czasu.

Co robić, gdy z nadmiaru czasu wpadamy w wir odkładania na później?

Gdy już z pełną świadomością przegonimy wroga z pola widzenia (mając go jednak na oku, bo on nadal czai się na nas, choćby w sąsiednim oknie przeglądarki internetowej), trzeba przystąpić do działania. W wielkim skrócie – do spisania planu!

O tym jak planować można rozprawiać godzinami i napisać o tym dziesiątki blogowych postów (co zresztą z wielką ochotą uczynię), ale nadrzędna zasada to… w ogóle zacząć. Im prościej, tym lepiej, dlatego w moim przypadku w takich okolicznościach najlepiej sprawdzają się trzy rzeczy:

– check – lista zadań do zrobienia (ster)
– wyznaczenie sobie deadline’u (okręt)
– relaks kontrolowany, zaplanowany i wykonany (żeglarz)

Sugeruję i zalecam metodę małych kroczków. Rzucanie się na głęboką wodę czasami jest dobre, nawet bardzo dobre, ale woda szybko wypycha nas na powierzchnię. Grunt, to nie dryfować, a płynąć, choćby powoli. Dlatego na początku nie warto zarzucać się zadaniami nie do wykonania. Nie warto też skazywać się na ślęczenie przy pracy po 12 godzin. Bo 6 godzin pracy jest warte więcej niż 12 godzin pracy, przerywanej co kwadrans… na kwadrans. I tutaj wkracza do akcji nasz żeglarz, czyli relaks. Niech rzuci zmiętą kartką z kalendarza ten, kto nie lubi odpoczywać po pracy, niech rzuci! Gdy przechodzimy na nowy tryb pracy jest to wybitnie ważne.

Na koniec słów kilka o naczelnej zasadzie: uczciwości.

Tej wobec siebie samej / samego. Czy hulanka w czasie rozprężenia i nieustanne odkładanie na później na pewno wynika z nieogarnięcia okoliczności, czy może jest przesiąknięta czymś poważniejszym? Może to być wypalenie zawodowe, zwątpienie w sens podejmowanych działań, a w końcu – czynniki zdrowotne, które niepozornie mieszają nam we krwi, zaburzają koncentrację i odbierają chęć do działania? Mam wrażenie, że ten aspekt jest niesłusznie pomijany w większości poradników o ogarnianiu i organizacji. W efekcie obwiniamy się, że dajemy ponieść się bezczynności, wpędzając się tym w błędne koło – bo lepsze samopoczucie ani większa produktywność nie chcą nadejść.

Maja
O mnie

Urodzona freelancerka spod znaku Sowy. Ostrożna ryzykantka, z wykształcenia dziennikarka i PR-owiec. Z niewykształcenia – projektantka much. Związana zawodowo z książkami i po uszy zatopiona w social mediach i marketingu internetowym. Łowczyni ślubnych trendów, właścicielka butiku MadameAllure.pl. Prywatnie – żona Strażaka, połowa małżeńskiego team’u M&Ms.

14 Komentarzy

Martina
Reply 30 kwietnia 2017

Masz przepiekny blog i bede tutaj wracac! :)

    Maja
    Reply 30 kwietnia 2017

    Dziękuję! Zapraszam serdecznie :) :*

Ola
Reply 30 kwietnia 2017

Temat jest mi bliski : ) Na nadmiar czasu nie narzekam, ale w trakcie urlopu staram się planować swój czas, aby wykorzystać go na maksa!

Książko, miłości moja.
Reply 30 kwietnia 2017

Ja jestem zbyt chaotyczna, żeby być poukładana. Co więcej w swoim chaosie więcej odnajdę, lepiej się czuję i z wszystkim dam radę. Jak coś zaplanuj - nie wyjdzie ;)

    Maja
    Reply 1 maja 2017

    Przez baaardzo długo też tak miałam, ale w końcu tych obowiązków było tyle, że w chaosie ani chwili dłużej... :)

Marysia
Reply 30 kwietnia 2017

Na szczęście należę do osób zorganizowanych i doskonale zarządzam swym czasem, ale wpis bardzo miło się czytało :)

Aneta
Reply 30 kwietnia 2017

Ja wystarczy ze odlozylam studia na pozniej... i koncze teraz ledwo ledwo... :/

simple.dancer
Reply 30 kwietnia 2017

Rety, jakbym o sobie czytała :D u mnie tylko problem pojawia się nie w pracy a po pracy :D zazwyczaj jestem tak wyczerpana fizycznie, że ciężko jest mi się zebrać do wykonania dodatkowych obowiązków, które sama sobie wyznaczyłam, bądź tych które wynikają z zycia, jak np. wizyta w banku. Zawsze sobie mówię 'przecież mogę to zrobić jutro' aż do momentu, w którym deadline złowieszczo się uśmiecha i wylewa na mnie wiadro zimnego potu. Pomimo umiejętności organizacji czasu często praca i fizyczne zmęczenie przyćmiewa moją motywację :)

    Maja
    Reply 1 maja 2017

    Czasami trzeba też odpuścić, motywacja to podstępna bestia - przychodzi jak wie, że nam nie zależy ;)

blogierka
Reply 1 maja 2017

Hehe, no to się tak bardzo zgadza! :D
Ja póki co jestem w fazie "nie dosypiam i generuję chaos w przestrzeni" także oby organizm dawał radę jak najdłużej tak funkcjonować.

    Maja
    Reply 1 maja 2017

    Dopóki nie postanowisz zejść z obrotów, organizm będzie dawał radę, ale w pierwszym momencie rozprężenia może dać Ci w kość, bo dostanie sygnał że już może - bądź czujna :)

Domi
Reply 2 maja 2017

Mam zdecydowanie tak samo. Im więcej mam do roboty, tym więcej mam czasu. A i zadowolenie zdecydowanie większe. Lubie odhaczać na liście załatwione sprawy.

Emilia
Reply 2 maja 2017

Temat jest mi bliski, ale z takim fajnym stylem to mogłabyś - jak dla mnie - pisać nawet o podatkach ;) , a i tak chciałoby się czytać.

    Maja
    Reply 2 maja 2017

    O rety, dziękuję! :D idę w takim razie kończyć porzucony wpis o podatkach ;D ściskam serdecznie :)

Zostaw komentarz

Twój adres mailowy nie będzie publikowany. Wymagane pola zostały oznaczone *