Reguła pierwszego naleśnika, czyli autosabotaż prosto z patelni


Kto choć raz w swoim życiu zetknął się z kuchnią, temu z pewnością reguła pierwszego naleśnika jest znana. Jeśli nie – to podpowiadam. Pierwszy naleśnik nie cieszy się najlepszą sławą. Mówi się, że zawsze „nie wychodzi”. Nie spełnia oczekiwań; nie wygląda ani nie smakuje tak, jak prawdziwy naleśnik z mąki i mleka smakować powinien. A skoro sól i nawet pieprz doczekały się metaforycznego przetworzenia i ktoś znalazł i opatentował sieć odniesień do rzeczywistości, nie mogło być inaczej z naleśnikami.

Całkiem niedawno natknęłam się w internetowych przestworzach na tekst o kobiecie, której nie wyszło małżeństwo. Pierwsze, notabene. Szukając uzasadnienia dla tego faktu, w końcu – przygotowując naleśniki – prosto z kuchennego okapu spłynęło na nią olśnienie. Wyrzucając pierwszego (wiadomo, nieudanego) naleśnika do kosza, radośnie wpadła na koncepcję, która wyprowadziła ją z meandrów ciemnej rozpaczy wprost ku wyjaśnieniu całej sytuacji. Pierwszy naleśnik jej nie wyszedł. To zupełnie tak, jak pierwsze małżeństwo.

Łatwo znaleźć proste powiązanie – że w życiu jest jak w kuchni, gdzie ponoć pierwszy naleśnik zawsze nadaje się co najwyżej do kosza. Jednak nic nie dzieje się bez przyczyny.

Wszystko zależy od tego, jak się przygotowujemy i na czym tworzymy to „coś”, co aktualnie jest na warsztacie. Jeśli mamy przestarzałą patelnię, której z lenistwa nie wymieniamy na nową, to trudno dziwić się, że pierwszy naleśnik jest nieszczególnie okazały. Ba, powiedziałabym nawet, że szaleństwem jest oczekiwać, że drugi będzie lepszy od tego pierwszego… I to odnosi się do wszystkiego (skoro już szukamy analogii i powiązań). Do pierwszej pracy, pierwszego własnoręcznego malowania mieszkania, a w końcu –  pierwszego małżeństwa. Oczywiście, nie wszystko jest doskonałe w pierwszym rzucie. Czasami zwyczajnie coś się nie udaje i nie pozostaje nam nic, jak tylko rozstać się z tym bez większego sentymentu – co zresztą popieram, bo męczenie się z czymś dla zasady ani trochę nas nie uszlachetnia. Ale bezwzględnie zawsze to, co zrobimy z pierwszym, nieudanym naleśnikiem, zależy od nas i nie powinno podlegać tej wątpliwej regule.

Wracając do jedzenia…. Opcji na pierwszego naleśnika jest wiele. Owszem, można go bezrefleksyjnie wyrzucić, ale są mniej drastyczne rozwiązania: można go zjeść w samotności albo przerobić na inne danie. Ewentualnie nakarmić nim psa bądź rybki (w tej dziedzinie, wybaczcie, nie jestem ekspertem – nie mam ani psa, ani akwarium). Ale zabieranie się za cokolwiek, gdy przyświeca temu idea pierwszego naleśnika, jest z gruntu złe. A przynajmniej mnie świadomość, że coś, za co się właśnie zabieram z pewnością i tak nie wyjdzie jak należy, po pierwsze – zniechęca do działania, po drugie – przyprawia o ból głowy.

I choć nie kręcą mnie teorie spiskowe przylepiane do… wszystkiego, to uważam, że ta reguła to podstęp.

Czasami – usprawiedliwienie dla czegoś, co nie wyszło, innym razem – metoda na odpuszczenie sobie samemu grzechów najgorszego sortu – bo tych popełnionych wobec siebie samego. A te, w najgorszym przypadku, mogą przerodzić się w niechlubną tendencję do sabotowania własnego życia.

Nie dyskryminujmy pierwszego naleśnika. W końcu jest ulepiony z tego samego ciasta, co pozostałe. Mąka, woda, mleko… zupełnie jak minuty z naszego życia. Bo wbrew wszelkim pozorom, życie toczy się tu, teraz. A nie od następnego naleśnika 🙂

Maja
O mnie

Urodzona freelancerka spod znaku Sowy. Ostrożna ryzykantka, z wykształcenia dziennikarka i PR-owiec. Z niewykształcenia – projektantka much. Związana zawodowo z książkami i po uszy zatopiona w social mediach i marketingu internetowym. Łowczyni ślubnych trendów, właścicielka butiku MadameAllure.pl. Prywatnie – żona Strażaka, połowa małżeńskiego team’u M&Ms.

1 Komentarzy

Edyta Mój kawałek podłogi
Reply 13 listopada 2016

Nie wiem co w tym jest, ale faktycznie pierwszy naleśnik w ponad 90% jest do wyrzucenia ;)

Zostaw komentarz

Twój adres mailowy nie będzie publikowany. Wymagane pola zostały oznaczone *